Cinnamon Girl

podróżoholizm

Praga w 3 dni. Część 1.

Most Karola

Podążając dalej za słowami Adamczaka: "Przyjeżdżając do stolicy Czech, łatwo zrozumieć, dlaczego rzuciła urok na ekscentrycznego  cesarza Rudolfa II, na pisarzy, na specjalistów, którzy wpisali ją na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego UNESCO."

I mnie również to nie dziwi, ponieważ Praga, zwłaszcza jej stara część - to jedno ogromne muzeum. Pod gołym niebem. 

Zaopatrzona w przewodnik (ten zakupiony i ten stworzony przeze mnie po przeczytaniu mnóstwa materiałów w temacie), nieduży plecak (25 l), dość dokładną mapę i kilka notatek - spędziłam w Pradze kilka dni, i wiem, że kiedy tam wrócę, to jeszcze sporo rzeczy odkryję z zachwytem!

 

Czeski film zaczął się od momentu, kiedy zwerbowałam koleżankę. Zabukowałyśmy bilety na przejazd z Rzeszowa do Wrocławia (Neobus, koszt 35PLN), we Wrocławiu miałyśmy przesiadkę o północy do Polskiego Busa (85PLN), który to na 4:50 miał nas dowieźć do Pragi. I tak się stało.

Wcześniej jednak jeszcze muszę wspomnieć o wrocławskiej kolacji. :)

Po podróży przez pół Polski zgłodniałyśmy. Korzystając z 4 godzin pomiędzy kursami zaczęłyśmy szukać godnej jadłodajni. Okazuje się, że przy dworcu pks, lepiej nie ryzykować i przejść się głodnym trochę dalej. Do centrum handlowego, którego nazwy nie pamiętam, a z pewnością nie problem do niego trafić. 

Naszym nie-sprzymierzeńcem był czas. Godzina 20:30. Knajpki w CH otwarte do 21, jak i cały kompleks. W ostatniej chwili wparowałyśmy do włoskiej La Camera. Za piętnaście dziewiąta zamówiłyśmy pyszne, gorące makarony.

I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby..........obsługa nie poprosiła nas o zgaszenie świateł, kiedy będziemy wychodzić.

I poszli sobie. :)

Grzecznie dokończyłyśmy, zgasiłyśmy światła, naczyń nie pozmywałyśmy, ani nie zamiotłyśmy podłogi. :)

Poniżej fotka z La Camera.

La Camera 

Po takiej kolacji wróciłyśmy na dworzec (tu toalety płatne 2,5 PLN!!!!!!!), gdzie zdążyłam jeszcze pomalować paznokcie, używając plecaka jako stolika. 

O północy podjechał autobus. Zapakowałyśmy bagaże do luków i .....pora na zajęcie miejsc. A to też nie jest takie łatwe i oczywiste!

Okazało się, że wszystkie są zajęte!!!

Nie dlatego, że wyprzedano bilety, o nie. Ale dlatego, że niektóre osoby zajęły sobie dwa miejsca, twierdząc, że pasażer niby siedzący obok za chwilę wróci. Tak też postanowiłam poczekać cierpliwie aż wszyscy usiądą i dowiedzieć się, co zostało wolnego.

Kiedy już się okazało, że to jednak nie są miejsca dla tych zaginionych pasażerów, a dla nóg (pewna dziewczyna - i kilka jej podobnych osób - wpadła na pomysł, że się wygodnie wyciągnie na dwóch fotelach w czasie jazdy, ponieważ bardzo dbała o swoje krążenie;) ), mogłyśmy "spokojnie" zająć je i ruszyć w drogę.

Na granicy czeskiej odbyła się kontrola dokumentów. Moja pierwsza kontrola od czasów podróży na Ukrainę (nie licząc tych lotniskowych).

Strażnik graniczny/policjant wszedł do autobusu, bez słowa sprawdził wszystkim dowody/paszporty i z prawdziwą poker face wyszedł. Tyle. Ani me, ani be, ani nawet ahoj!

Do tego godzinny postój zafundował nam człowiek jadący bez dokumentów.

O dziwo, punktualnie o 4:50 wysiadłyśmy w Pradze.

Miasto przywitało nas półmrokiem i prawie pustymi ulicami.

Udałyśmy się prosto na Most Karola, gdzie o 6:00 byłyśmy umówione z pewną koleżanką poznaną poprzez internetowy portal podróżniczy Globtroter. 

Ucieszył mnie brak tłumów na moście. Mogłam poszaleć z aparatem i poczekać na świt (fotka pierwsza i poniżej). Wtedy czułam się oszalała ze szczęścia. Takie foto-łowy nie zdarzają się często! Chociaż to też mógł być wpływ braku odpowiedniej dawki kofeiny. :)

 

To miejsce staje się głośne i zasypane tłumami około godziny 9-10. Więc nie mogłam sobie wymarzyć lepszej pory na fotografowanie. Było tam też kilka innych osób z rozłożonymi statywami. Czekali na ten jeden jedyny moment, kiedy słońce rozbłyśnie.

Z Mostu Karola poszłyśmy do rynku Starego Miasta. Właściwie po to, aby się rozejrzeć, napić się kawy!!! , zjeść śniadanie i spokojnie podjąć decyzje dotyczące zwiedzania i noclegów (to spontaniczny wyjazd w ciemno, tak właśnie podróżuję).

W jedynej czynnej o tej porze kawiarni, obsługujący pan nie wyraził chęci sprzedania nam kawy na wynos. Sic! Cóż, poczekamy, a do tego miejsca nie wrócimy! Takie było praskie postanowienie numer jeden.

Idąc dalej zastałyśmy myte właśnie deptaki, puste ławki, ekipy sprzątające i mnóstwo ciekawych szczegółów:

Most Karola o świcie

Praga

Praskie Stare Miasto

Praga, rynek

Prague

 

Oczywiście, oglądając witryny pozamykanych jeszcze sklepików, postanowiłam, że Krecik będzie główną pamiątką po tej wycieczce. 

Wytrwałych i cierpliwych uraczę kolejnymi wpisami z wyjazdu. Tym razem bez tak długiej przerwy.

Pozdrawiam.